Czegoś nagle zabrakło po szesnastu dniach święta sportu i święta miasta. Niesamowite przeżycia, niepowtarzalna szansa dla Chin, które mimo wszystko dały radę. Być na stadionie, będąc częścią tego gigantycznego, globalnego przedsięwzięcia -- to naprawdę coś wyjątkowego.
Obrazek, który zapamiętałem najbardziej? Rozemocjonowane tłumy! I to nie tylko Chińczyków; bawił się cały Świat: skandujący Hiszpanie w metrze, Australijczycy z flagami z kangurem, pomarańczowy namiot Holendrów, Biało-Czerwoni, Chińczycy, wszyscy. Ale na długo zapadnie mi też scena z przedostatniego dnia Igrzysk, kiedy późno w nocy siedzieliśmy z polskimi fotografami w moim ulubionym hutongu, dyskutując i pijąc co nieco. Nagle przez otwarte drzwi wtacza się Chińczyk i zaczyna bełkotać po angielsku: przepraszam, że tak wyszło, nie lubię Chin, nie lubię, gdy CHiny chciały mieć wszystkie złote medale i za wszelką cenę, nie licząc się z kosztami -- osiągnęły to. Gdzie tu sport? Gdzie duch olimpijski? Po czym przeszedł na swój ojczysty język, prawie się wywrócił i ze łzami w oczach wytoczył się na ulicę. Coś w tym jest, ale na pewno nie zgodzę się z twierdzeniem, że Chiny wygrały, a przegrał Zachód. Nie. I mam nadzieję, że odmieni się też stereotyp Chin na Zachodzie, o ile Chiny dalej będą chciały się zmieniać in plus. -
Bardzo mi się podobało wczorajsze rozpoczęcie Igrzysk. Może nie miałem możliwości wnikliwego obserwowania skrzętnie przygotowanego spekatklu na Ptasim Gnieździe, bo co chwila przemieszczałem się z kamerą, byłem poruszony samym faktem, że Chiny organizują olimpiadę. Że mają szansę się pokazać. I nie chcę tu mówić o tym, co głównie zaprząta uwagę polskim dziennikarzom, którzy przyjechali relacjonować igrzyska. Oczywiście w Chinach jest wiele spraw, które wymagają poprawy, ale mam na myśli Chińczyków. Chińczyków, dla których igrzyska są szansą pokazania światu, że Chiny to nie tylko ryż, komuna i łamanie praw człowieka. Chińczyków, którzy szczerze cieszą się i starają jak mogą, by zachwycić świat. Przykro mi, że ważniejsze od trudu Chińczyków, którzy uwijają się jak mogą, by wszystko poszło jak najlepiej, że ważniejsze jest doszukiwanie się błędów i wytykanie problemów. Tak jakby podczas igrzysk w Sydney skupiać się tylko na problemach Aborygenów i pijanych Australijczykach. A gdyby w Polsce kiedyś udało się zorganizować taką imprezę, to czy miło by nam było, gdyby dziennikarze rozpisywali się o bezrobociu, reliktach komunizmu, kradzieży samochodów, burdach dresiarzy, czy pijaństwie? Dajmy Chińczykom szansę. Dlaczego nie pisze się o 200 milionach Chińczyków, którzy w ciągu ostatnich 20 lat wydźwignęli się z ubóstwa. O tym, że mają teraz możliwości zarabiania pieniędzy i ich wydawania? Mieszkam w Chinach i widzę postęp. Ciągły postęp, a te igrzyska to jest jego przypieczętowanie. Gdy ostatnio rozmawiałem z najbardziej znanym obcokrajowcem w Chinach, Dashanem, mówił mi, że nawet bez tych igrzysk Chiny i tak by się bardzo rozwijały. Wczorajsza uroczystość to wielkie święto i dodatkowy bodziec również dla władz. Oczywiście wszyscy by się cieszyli, gdyby pozwolono na protesty poza gniazdem. Mam dużą nadzieję na pozytywne zmiany. Nie można się jednak spodziewać nagłego popuszczenia cugli, bowiem jest to kraj tak duży, że wszystkie zmiany muszą tu zachodzić w miarę powoli. Nagła rewolucja nie wchodzi w grę, bo mogła by zachwiać nie tylko Chinami, ale całym porządkiem świata. - Nie będę czytał relacji polskich mediów na temat Igrzysk. Niestety, wielu z dziennikarzy to moi kumple; w prywatnych rozmowach mówię im o zmianach, jakie tu zachodzą. Przybliżam historię i powtarzam do znudzenia, żeby pamiętali, że Chiny to kraj, gdzie błąd statystyczny przy spisie powszechnym wynosi 40 milionów mieszkańców. Staję po stronie Chińczyków, bo wiem jak bardzo się starają. Nie usprawiedliwiam i sprzeciwiam się wielu rzeczom, które tu się dzieją, ale eksponuję pozytywy, bo o nich w naszej prasie przeważnie nikt nie mówi.
Za chwilę już wybije godzina zero. Pekińskie Igrzyska, największe święto sportu, ale dla mnie to przede wszystkim święto miasta. Miasta, które zmieniło się nie do poznania w ciągu ostatnich tygodni. Jest czysto, pogoda raczej lepsza (to co jeszcze zalega w powietrzu to już nie smog, ale mgła), tylko połowa samochodów jeździ po ulicach, mieszkańców (głównie przyjezdnych) jest też dużo mniej. Pekin jest trochę sztuczny, jak pisałem tu, przypomina opakowany Reichstag, z tym że chińską stolicę zarzucono bannerami Beijing 2008. Jest inaczej, nowa jakość. Jakiś czas temu jeszcze twierdziłem, że ten cały olimpijski szał dla mnie skończyć się może już o 20:07 jutro, czyli tuż przed rozpoczęciem Igrzysk. Jednak teraz widząc jak miasto cieszy się na całe to święto -- sam czuję się jego częścią. Ciekaw jestem ceremonii otwarcia, zmagań sportowców. Oby tylko chińskie władze nie reagowały zbyt pochopnie na jakieś zgrzyty. Demonstracje, pochody, manify -- to się na pewno zdarzy. Cieszę się jako mieszkaniec Pekinu z nowych linii metra, z lepszych manier pekińczyków, czuję, że uczestniczę w czymś wielkim i niepowtarzalnym. Trzymam kciuki, aby ta atmosfera wielkiej fiesty, mniejsze korki i dobre maniery były obecne i po Igrzyskach.. --
W końcu zobaczyłem swoje dziecko!!! Rodziło się w bólach, pracowałem nad nim w sumie 7 lat. Tak, moja książka!!! Tu można ją kupić, a tu wygrać. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do jej powstania (wymieniłem to w jednym z rozdziałów), jeszcze bardzo chciałbym podziękować osobom z wydawnictwa Terraquest za ryzyko i trud jaki włożyły w Jej powstanie,(Januszu, p. Marku -- myślę, że daliśmy radę!!). - Od jutro megaszaleństwo. Już nie mogę się doczekać.
Tak, wiem, strasznie długo nic tu nie wpisywałem. Byłem bardzo zajęty (dalej jestem), trochę zapomniałem (jakby przestało mi zależeć na blogu pisanym?), nie chciało mi się (teraz chcę pisać tu częściej). Po wielu naprawdę ciężkich dniach i nocach, a raczej tygodniach, a nawet miesiącach -- moja książka w końcu znalazła się w druku. W księgarniach ma być dostępna od początków sierpnia. Oczywiście, jest o Chinach -- zbiór zdjęć i tekstów, stworzonych na przestrzeni siedmiu lat -- odkąd zacząłem odwiedzać Chiny. Wydana zostanie przez TerraQuest. Cieszę się -- takie moje ukoronowanie, choć daje do myślenia i praca nad nią pokazała mi, że wiele rzeczy mógłbym zrobić inaczej (często byłem zbyt zajęty, trochę zapominałem, nie chciało mi się)... - Poza tym: przed Igrzyskami mamy pełne ręce roboty (Ola bardzo mi pomaga i robi też dużo swoich rzeczy), razem robimy więcej. Sporo też czytam (teraz: Beijing Coma), słucham muzyki i podcastów, oglądamy mnóstwo filmów (ostatnio Trzy Kolory). Przemyślam też dużo i zbyt często dochodzę do sprzecznych wniosków.
Juz Pekin. To co zobaczylem w Syczuanie swiadczy o tym, jak bardzo narod moze byc zjednoczony, jak bardzo pomocny, jak chyba zaden inny. W tydzien po trzesieniu, wsrod ruin domow, zapachu zgnilizny i dzwieku karetek -- ludzie przewaznie nie plakali. Zdziwiony bylem jak bardzo ci, ktorzy w ciagu kilkunastu, czasem kilkudziesieciu sekund stracili wszystko co mieli, jak bardzo sa spokojni. Na stadionie w Mianchuan, gdzie koczuje 30,000 ofiar trzesienia czuc bylo atmosfere jakby na dworcu. Wszyscy czekali, z nadzieja w oczach, spiacy, zmeczeni, ale sprawiali wrazenie, ze trzeba zaczac nowa podroz. Ludzie, z ktorymi rozmawialem i fotografowalem wsrod stert cegiel, ktore kiedys byli ich domem ze spokojem i czesto z usmiechem odpowiadali jak bardzo sa wdzieczni za pomoc i jak duza maja nadzieje. Niektorzy plakali. Niesamowite wrazenie zrobila tez na mnie praca organizacji humanitarnych. Trafilem do Heart2Heart, sieci amerykanskiej organizacji, ktora w Chinach dziala pod egida Czerwonego Krzyza. Pracuje w niej ok 450 wolontariuszy, z czego polowa to obcokrajowcy. Tam spotkalem mnostwo Chinczykow, ktorzy nieraz przemierzajac caly kraj, przyjechali do Syczuanu by niesc pomoc. I to bezinteresownie, a to bardzo istotne, bo Chinczycy to mistrzowie w kombinowaniu, zarabianiu pieniedzy i wyzyskiwaniu co do centa -- jak wie kazdy, kto choc raz tu byl, albo z Chinczykami prowadzi interesy... Wen Hang z Szanghaju, z ktorym sie zaprzyjaznilem powiedzial, ze Chinczycy chca nie tylko byc bogaci w pieniadze, chca tez byc bogaci w ducha. Sam Wen -- wlasciciel firmy eventowej, ktory zorganizowal 6 ton zywnosci, wody i lekow jest tego swietnym przykladem; to z nim glownie jezdzilem po rejonach dotknietych kataklizmem. Jego kumpel -- Zhang Guo przyjechal wielkim samochodem-chlodnia 2200 kilometrow z Szanghaju do Czengdu, zeby dowiesc leki i jedzenie. Przyklady takie mozna mnozyc. Sam bylem swiadkiem, jak taksowkarze nie brali ode mnie oplaty jak im mowilem, ze jade w miejsce, gdzie bylo trzesienie; w aptece nie musialem placic za maski i leki...Tak, takie rzeczy mozliwe sa w Chinach. Moj fixer -- nauczyciel uniwersytetu w Czengdu, opowiadal mi o swoich kolegach, ktorzy na akcje charytatywne przekazywali wielokrotnosc swoich marnych pensji... Sam widzialem ludzi w dziurawych butach, ktorzy przychodzili do Heart2Heart i ofiarowali pieniadze, czy inna pomoc. Czesto jezdzilismy w terenowych samochodach uzyczonych przez zwyklych mieszkancow miasta. Samochody wypelnione byly namiotami, woda, spiralami przeciw komarom. Jak niesamowicie bylo patrzec, gdy ochotnicy H2H rozdawali te rzeczy potrzebujacym.Wiele mnie ten wyjazd o Chinach i o Chinczykach nauczyl. Jestem pelen wspolczucia i szacunku dla tych ludzi... Zhongguo Jiayou! - Wlasnie wrocilem z koncertu mojego ulubionego wspolczesnego trebacza jazzowego -- Erika Truffaz -- mistrzostwo. Poza tym wir wydarzen, prac i wspolprac.